O tym, jak ładnie można się rozsypać

20260318_134504

Mam tak, że Do perfekcji przeczytałam nie jako opowieść o estetyce, tylko jako opowieść o życiu, które coraz bardziej przypomina dobrze ustawione zdjęcie. Wszystko się zgadza. Światło, rośliny, kubki, deski podłogi, ten cały porządek, który ma wyglądać na przypadek, chociaż przypadkiem nie jest. I już od pierwszych stron czułam, że tu nie chodzi o zachwyt nad ładnym światem, tylko o coś dużo mniej dekoracyjnego.

To jest dla mnie książka piekielnie prawdziwa, bo nie pokazuje życia, które wali się z hukiem. Tu nic nie eksploduje. Tu wszystko rozszczelnia się po cichu. W mailach. W pracy. W mieszkaniu, które miało być azylem, a zaczyna przypominać scenografię. W zmęczeniu, którego w pierwszej chwili nawet nie widać, bo przykrywa je cały ten współczesny światek, że niby bohaterowie żyją po swojemu. Niby. Bo im dalej, tym silniejsze wrażenie, że to „po swojemu” jest często tylko elegancką wersją życia według szablonu.

Ile w naszym życiu jest naprawdę naszego? Ile wybieramy, a ile odtwarzamy? Można przecież mieć mieszkanie z charakterem, pracę z pozoru wolną, znajomych od podobnej wrażliwości, ulubione miejsca, rytuały, dobrze ułożone półki i wciąż czuć, że coś się nie skleja.

Czytałam i wracała do mnie myśl, jak łatwo dziś pomylić zmianę z ruchem. Jak łatwo wmówić sobie, że skoro tyle się dzieje, skoro są nowe miasta, nowi ludzie, nowe projekty, nowe pomysły na siebie, to musi z tego wyniknąć jakaś głęboka przemiana ( a wiem, o czym piszę w tym momencie, o tak!). Czasem człowiek nie idzie do przodu, tylko przestawia meble w swoim niepokoju.

Jest tutaj także coś bardzo o pracy, która kiedyś była pasją, a potem staje się kolejnym mechanizmem podtrzymującym rozpęd. Wszystko ma być ciekawe, rozwojowe, a przy okazji opłacalne. Może dlatego ta książka tak mnie uwierała.

Można zmieniać miejsca, adresy, a i tak nosić w sobie ten sam głód ( to też świetnie znam!). Głód życia prawdziwego. Co to dla mnie znaczy? Takiego, w którym nie musi się co chwilę sprawdzać, czy dobrze wypada się we własnej historii.

Nie została mi po tej lekturze ani zachcianka na takie życie, ani pogarda dla tych, którzy próbują je sobie pięknie ułożyć. Została mi myśl, że można dopracować niemal wszystko i nadal minąć się z sobą. Można mieć smak, kompetencje, ruch, możliwości, a dalej nie wiedzieć, gdzie właściwie kończy się życie, a zaczyna jego inscenizacja. Od samego układania jeszcze nic się nie ułożyło. Przynajmniej u mnie.

Zgłoś się na zajęcia